Na chwilę wróciłam do Poznania. Odkryłam, że całą swoją szafę zdążyłam przez ostatnie dwa miesiące wywieźć do rodziców. Jedynie buty ostały się w szerszym gronie. Hmm, naprawdę całe wakacje tuptałam w japonkach.
Wakacje? Jeszcze przede mną. Na razie krążyły między wiśniami na Kujawach a pięknymi łąkami wielkopolskich lasów. Zaledwie raz – raz - spędziłam dzień pod żaglami. A raczej na pokładzie, szorując go po imprezach jakie urządziły sobie na nich mewy.
Wakacje? Będą. Włochy, Francja, Bułgaria, Londyn. Bruksela & co.
Pierwsze dwa to czysty biznesowy wyjazd. Zero zwiedzania. Może, ale dwano tam nie byłam. Z jednej strony bardzo się cieszę, ale z drugiej cholernie mi się nie chce. Nie jestem stworzona do tłumaczenia na bieżąco. W danym momencie. Brak słów. Brak odwagi. W końcu miałam tylko pieprzone dst na egzaminie z angielskiego, a i na FCE dostałam pieprzone C ==” Wrr…
Bułgaria to nie jest wymarzone miejsce na wakacje. Widziałam je od najgorszej strony. Brudno. Szaro. Śmiertelnie komunistycznie. Nadal nie mogę uwierzyć, że idealna, wysterylizowana Unia przyjęła ten obraz nędzy i rozpaczy do swego grona. Ale może chociaż plaże mają ładne. Oby. I życzę sobie, by słońce było. Należałoby się wreszcie opalić
Na Londyn czekałam od dawna. To najbardziej wyczekiwana wyprawa tego roku – jedynie Skandynawia i Chorawcja wygrałaby z perspektywą zobaczenia na włąsne oczy tego gigantycznego miasta.
Wycieczka z cykul: “Unijne instytucje w tydzień” dopiero podczas roku akademickiego. Może i dopiero, ale to będzie już drugi tydzień roku
A może to bardziej wycieczka integracyjna naszej grupy?
Kto wie, ważne, że nie będzie nas przez calutki tydzień.