październik 2008


Dzień drugi. Dzień pierwszy zakończył się bezsennością wchodzącą w dzień drugi.

Nie, nie chce mi się. Tak, kolejny dzień kryzysu. Brak solidnego kopa, który ruszyłby mnie z tego miejsca w inne miejsce.

Trudno przestawić się ze wstawania tam, na wstawanie tutaj. Tutaj jest gorsze. Tam było ezoteryczne. Egzotyczne. Erotyczne. Tutaj: szare. zimne. ponure. A co najgorsze – pada.

Brak inspiracji. Brak mobilizacji. Brak motywacji.

A kiwi uschło.

Siedzieć w kurzu.

Pisać wiersze.

Snuć bez przerwy miłe

piękne i urocze -

- nierealne marzenia.

Zaspałam. Tak, a to dopiero trzeci dzień. Ale od dziewczyn już wiem, że będę lubiła ten dzień. Środy będą moimi ulubionymi. (Czy w całości okaże się, jeśli polubię angielski). Dowcipny profesor. Doktor, który opowiada jak Wołoszański. Trzeciej osoby nie znam – ale poznam. Gdyby tylko nie trzeba było wstawać na tą chorą 8:00.

Chwaliłam się, że jadę do Brukseli? ^^ Otóż jadę. Ja i 4 inne wariatki z mojego roku. I trochę “wypindrzonych dziewczyn”, jak zostały określone. Nie przeze mnie, żeby nie było! A mi się tak nie chce jechać. Generalnie chcę jechać, zobaczyć, poznać. Ale nie teraz. Teraz mam dość maratonu wyjazdowego. Posiedziałabym w domu. Herbaty się napiła. Na piwo w miłym towarzystwie wyszła.