autostriptiz


Romantyczne spacery po zaczarowanym Sołaczu. Szelest różnobarwnych liści pod stopami. Ciepły, przyjemny wiatr. Słońce ostatnimi promieniami tulące policzki…. Moment! To nie ta jesień!

No właśnie, nie. Jest szaro, zimno, bardzo wietrznie, pochmurno, deszczowo i nieromantycznie mgliście. I jak tu się nie nabawić kataru?

Jakoś trzeba przetrwać tą pogodę. Tylko jak?

Może już myśląc o pieknej zimowych, absolutnie zaśnieżonych górach?
Albo o skombinowaniu 16 000zł na warsztaty fotograficzne w Japonii?
Albo o zwiedzaniu Krakowa grudniową porą?
Albo o ciepłych piaskach, tropikalnych wysp?
Albo po prostu szybko pakując się i jadąc do domu by w cieple kominka, siedzieć w wygodnym fotelu, popijać gorącą herbatę i oglądać House’a? :D

Na początek zrobiłam cynamownowe muffinki. Chociaż trochę poprawiają nastrój. Bo sytuacja za oknem jest absolutnie nie do przyjęcia. Bez złotej jesieni przechodzimy w pierwsze podrygi zimy. Tej naszej, polskiej zimy – z pluchą i bez śniegu.

Dwa stare, piękne utwory bonusowo – szkoda, że ostatni nie w całości

Pasjans. Rozdanie na trzy.

Nie wygrywam. Raz za razem. Przypadkowe zwycięstwo jest błędem statystycznym.

Ważne karty umykają sprzed moich oczu. Niezuażone. Asa przerzucam zbyt szybko. Ginie w rozdaniu. W kolejnym przykrywają go dwie inne karty. Nie pasujące do tych na stole. Już go nie zdobędę. Muszę o nim zapomnieć.

Przerzucam trzy karty z rozdania. Leżące na stole wydają się nie istnieć. Nie potrafię skupić uwagi w obu miejscach. Chociaż wiem, że otrzymane na stole są bardzo ważne. Wązniejsze od tych z rozdania. Pasującą ósemkę trefl znajduję w rozdaniu. Mimo, że leży odkryta na czwartym stosie kart. Zapominam o parze damy z królem. Odkrywam niewłaściwe karty. Nie tego króla przenoszę w puste pole. Samotna dama pik czeka na swego waleta kier po drugiej stronie stołu.

Drugie tasowanie. Nagle karty zaczynają pasować. Jedna z drugą lądują razem w jednym kolorze. Wreszcie potrafię połączyć karty z rozdania i ptrzymane ze stołu.

Trzecie tasowanie. Odkrywam pominiętego w rozdaniu Asa. Ważne karty zaczynają być widoczne. Chociaż trochę późno. Ukończenie partii wydaje się bliskie.

Brakuje jednej karty.

Kończę na minusie.

Za dnia karmią nas tanią, niską, łatwą muzyką.
Po późnym zmroku z głośników płyną ambitne teksty, dźwięki.

Dlaczego nie mogę trwać w stanie rozkoszy przez cały dzień?
Dlaczego nie uświadczę starych, polskich, rockowych piosenek?
Dlaczego HEY, Chłopcy z Placu Broni, Perfect, Wilki, T.Love jest gorszym sortem niż z wszechstron dobijające się indie?
Dlaczego nie mogę popłynąć z Guns’n'Roses? Deep Purple?
Dlaczego Dezerter, KSU i Farben Lehre są zakazynymi w radio piosenkami?
Dlaczego Republika jest dostępna wyłącznie po głębokiej północy?

Wszechbyt prostych dźwięków nie ukształtuje muzycznego gustu młodych słuchaczy. Karmienie zmieloną i podaną dożylnie papką nie nauczy ich używać widelca i noża.

Tęsknie za świętej pamięci Rock Radiem. Kształtującym słuch mój. Gdzie podział się Marek Niedźwiecki serwujący najlepsze kąski muzyki ogólnoświatowej sprzed ery emo?

Domagam się zmian.

Wielu wykonwaców, którzy są mi bliscy zapewnie (na pewno!) pominęłam. Ale z pewnością nie chciałam

Przez lat wiele przypisywałam sobie bycie kotem-samotnikiem. Po ostatnich trzech dniach, wiem że jednak potrzebuję tego stada baranów, z którym mogłabym iść. Może nie przez cały czas – to wbrew samej sobie. Ale co jakiś czas potrzebuję zapachu runa i odgłosu racic.

Tak w tej mojej weekendowej samotności głównym dźwiękowcem była jedna z telewizji muzycznych. Bardzo brakuje mi “Listy przebojów Marka Niedźwieckiego”. Normalnej muzyki. Nie żadnej sieczki. Dobrego, starego rocka.

Bananowe naleśniki nie wyszły. A mieszkanie nabiera kształtów.

Było już ślicznie. Absolutnie pięknie. A tu co?

powrót zimy!

Dokładnie w tej chwili za oknem panuje zamieć śnieżna. Nie widać bloku, który stoi 20 metrów dalej.

Ale wierzymy Mai Popielarskiej, że Zima sobie pójdzie wreszcie. Od początku tygodnia.

♥♥♥

Nadal siedzę po uszy w zimowym semestrze (może też i dlatego ta Zima nie chce sobie pójść?). Ostatnia i jedna poprawka się za mną wlecze. Koszmar.

Z chęcią już zajełabym się projektami na semestr letni. Albo licencjat wreszcie na poważnie mogłabym pisać.

♥♥♥

Jedna impreza. Druga. Parapetówka. Urodziny.

Aż dziwnie to brzmi, ale picie to zło wcielone. Dlatego bronić się przed nim nie będę ;)

♥♥♥

Cytatów kilka z Alma Mater – tylko dla wtajemniczonych ;)

Papierologia.

Grzyby i poziomki rosną w cieniu lasu.

Wolec to wykastrowany byk 6-miesięczny.

Alfa alfa. Czyli lucerna.

Pasożyty niskotowarowe.

 

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi 
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni 
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis 
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty 
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty 

Marek Grechuta “Wiosna, ach to Ty”

Małymi kroczkami. Powolutko. Nieśmiało. Lecz wiedziona donośnym śpiewem ptaków, kluczami czapli i bocianów. Rozchylającymi swe płatki krokusami i  przebiśniegami. Przyszła. Wiosna.

Pomimoc prognoz zemsty Zimy, wraz z nieodłącznym Śniegiem, Wiosna juz jest. I mimo, że  jest bardzo nieśmiała, to pokazuje w Naturze na jak wiele Ją stać juz teraz.

Czekam niecierpliwie, aż pojawią się pierwsze kwiaty tulipanów, magnolii, pączki liści. Aż zazieleni się wokoło.

Nastrój absolutnie wiosenny. Wiosennie zielone oczy. Wiosenny buty i płaszcz.

Zimie mówię stanowcze nie i dowidzenia. 

Wiosna – cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna – znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna w koło, rozkwitły bzy.
Śpiewa skowronek nad nami,
Drzewa strzeliły pąkami,
Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty.

Skaldowie “Wiosna”

Jednak najbardziej mój obecną psyche opowiada “Wiosna” Ani Dąbrowskiej. Dla chętnych.

Czerwone goździki. Paczki rajstop. To już na szczęście przeszłość. Dzisiaj mężczyźni (nie wszyscy) świadczą o pamięci w tym dniu w zupełny inny sposób. Chociaż czym się różni róża i czekoladki, od goździka i deficytowych rajstop? ;)

Mój dzień kobiet był najpiękniejszym takim świętem, jaki obchodziłam. Zwariowany, nienromalny, absolutnie odjazdowy, jak po trawce, wódce, a jednak na trzeźwo :)

on: Zachowujemy się jakbyśmy pierwszy raz się widzieli.

Dawno nie było tak dobrze jak dzisiaj. Mimo, że dzisiaj trwa od wczoraj, od piątku, od czwartku. Dawno nie czułam się taka spokojna, zrelaksowana. Pomimo faktu, że widmo poprawkowe ciąży nade mną. W te dni go nie było. Pod specjalną ochroną przebiegł weekend.

W końcu każdy ma prawo do szczęścia. A ono tak rzadko przychodzi i zostaje na dłużej niż kilka dni.

ona (leżąc na dywanie): Co Ci się we mnie podoba?

on (siedząc na niej): Wszystko.

ona: Nieprawda. Nie lubisz jak przeklinam.

on: Pierdolić to.

0:35.

Siedzę na podłodze. Na sobie mam jego koszulkę. Laptop i świeczki poustawiane w całym pokoju są jedynym światłem. On śpi cicho na łóżku. Uwielbiam patrzeć jak śpi. Rzadkie zjawisko, bo to ja w tym związku jestem dłużej-śpiącym stworzeniem. Stare Lady Pank dobiega z głośników.

Pewnie mogę być uznana za nienormalną. Tak rzadko bywamy razem, a ja siedzę i piszę bloga. Bo bloga pisze się regularnie. Hank Moody też o tym wie.

W obecnej chwili jestem pod wpływem dekadenckiego L.A. (a może raczej Hell A ;) ). W jakiś przedziwny sposób maraton dwóch sezonów “Californication” doprowadziło do znieczulicy na temat seksu. Serial na pewno nie jest polecany feministkom walczącym o to, aby kobiet nie traktować przedmiotowo. Bo to obraz szowinistyczny i przeładowany męskim poglądem na seks i związki. Chociaż mi nawet w pewnym sensie ten świat odpowiada. Z kobietami nie można obchodzić się jak z porcelanowym jajkiem.

Post-punkowa Becca zrobiła na mnie największe wrażenie. 12-latka, która jest bardziej zdystansowana do tego brutalnego świata niż jej rodzice. Nigdy nieuśmiechnięte dziecko. Mistrz “Gitar Hero”… Chociaż nie wiem, czy takie dziecko chciałabym mieć. No chyba, że w Hell A., albo w Hellsinkach ;)

Lady Pank przerodziło się w Republikę. A mnie nadal nie chce się spać. Norma. W Toruniu nigdy nie chce mi się spać. Tutaj panuje klimat, który trzyma mnie przy życiu długo.

Kolejny wpis o niczym. Może kiedyś wrócę do pisania w stylu Przybyszewskiego. Chociaż po tylu latach to może być mission impossible.

Dobranoc. Śpijcie dobrze i grzecznie, kochani.

Jestem nową wyrocznią relacji damsko-męskich. Sama sobie pomóc nie potrafię. A innym owszem. Zazwyczaj tak jest.

Opatrzność czuwa nade mną. Kocha. Podjerzewam, że za karę, że ją wyśmiałam. To niech mnie karze jeszcze jakiś czas. Może zacznę w nią wierzyć. W refleks może mniej.

“Zatraceni w Karpatach” to jednak zło. Czarno zrobiło się dookoła. Szeleszcząco koronkami. Pachnąco winem. Marzy mi się kolejny raz ten chory spęd. A niech marzy.

Nadal nie potrafię przenieść na papier wizji. I zaplątanych słów.

Dzień drugi. Dzień pierwszy zakończył się bezsennością wchodzącą w dzień drugi.

Nie, nie chce mi się. Tak, kolejny dzień kryzysu. Brak solidnego kopa, który ruszyłby mnie z tego miejsca w inne miejsce.

Trudno przestawić się ze wstawania tam, na wstawanie tutaj. Tutaj jest gorsze. Tam było ezoteryczne. Egzotyczne. Erotyczne. Tutaj: szare. zimne. ponure. A co najgorsze – pada.

Brak inspiracji. Brak mobilizacji. Brak motywacji.

A kiwi uschło.

Siedzieć w kurzu.

Pisać wiersze.

Snuć bez przerwy miłe

piękne i urocze -

- nierealne marzenia.

Następna strona »