Kobieta powinna czuć odrazę do siebie, dlatego, że jest kobietą.

Autor – jakiś starożytny mędrzec. Cytat nieprecyzyjny, ale sens właściwy. Zdanie wprowadzające do wykładu pod tytułem “Wiedźma”. Przychodząc na to spotaknie spodziewałam się czegoś wiedźmowatego, czarowniczego, magicznego. Zamiast tego poznałam obraz świata według kobiet, którym tak naprawdę potrzeba psychiatry, bo psycholog już niewiele pomoże. O kobietach, które w czasie, kiedy nie są z mężczyznami, tworzą zaklęty krąg. Krąg, który jest niepełny, gdy jednej z nich brak. O kobietach, które miały poczucie winy za grzech pierworodny. (“Wiedźmy” reż. Agnieszka Tkacz 2001)

Ostatnimi czasy mój stosunek do feminizmu robi się coraz bardziej szowinistyczny. Może dlatego, że w dzisiejszych czasach nie widzę aż takiej wielkiej potrzeby krzyku. Argument, że to mężczyźni stworzyli nam ten los, wydaje mi się mało przekonywujący. Sprawa porodów na znieczuleniu, prawa do in-vitro, czy po prostu godnego przedłużania gatunku dotyczy ministerstwa zdrowia. A co mam myśleć na temat kobiety, która nie pozwala na bezbolesny poród? Chyba jedynie, że jest mężczyzną.

Solidarność kobieca? Pff. To jakiś głupi żart. Nie istnieje takie zjawisko. Nie staramy się być piękne, zadbane, młode, idealnie wyglądające, z najmodniejszą torebką dla siebie, czy mężczyzn. Robimy to dla innych kobiet! Tak, tak. Chcemy by zobaczyły, że to my jesteśmy te piękniejsze, młodsze, modniejsze. “Szklany sufit”. “Lepka podłoga”. Kobiety samodzielnie siebie dyskryminują. Chętniej dadzą podwyżkę mężczyźnie. Ciężej jest im zrozumieć i zaakceptować ciążę podwładnej. Nie będzie pracować, a składki na nią płacić trzeba. I jeszcze zwolnić nie można! Toż to, skandal!

Miało być o wiedźmach. Nie było na dobrą sprawę nawet i o jędzach. Było feministycznie. Przeciwko dniu kobiet. A mężczyźni mają swoje dwa dni w roku. My tylko jeden.

Było muzycznie. Muzycznie dziwnie. Mass Kotki pokazały pazurki. Tekstu zbyt wiele zrozumieć nie można było. Elektropunk chyba mogę polubić. Mimo, że odebrałam wrażenie, jakoby panna na klawiszach była liderką grupy. Niespotykane zbyt często.

Rock and roll jest do dupy. Nie wiemy jak długo pociągniemy.

Tekst bosko rozwalający. I dający do myślenia nad pozycja kobiet w świecie muzyki.

Próbowałam z Nim rozmawiać o literaturze. Przerwał mi pocałunkiem. Próbowałam powtórnie, kiedy przestał. Zrobił to samo. Próbowałam kilkakrotnie. Powtórki z odpowiedzi.

ona: Porozmawiaj ze mną o literaturze.

on: Nie, bo Ty czytasz takie ambitne książki…

To nie ambitne książki. To tylko zaległości z liceum. 

Może jednak amibtnie. Może odrobinę. Ale irytuje mnie to samo co Hłaske, że nigdy nie będę w stanie przeczytać wszystkich książek, które pragnę poznać dogłębnie. Że zawsze pojawią się kolejne, które będą kusić. Będą warte mojej uwagi. Będą potrzebne, aby stać się człowiekem oczytanym. Człowiekem mądrzejszym. Z szerszymi horyzontami. Trudnymi słowami w głowie. Potrafiącym pisać coś więcej, niż tylko blog i ekonomiczne raporty.

 

Mimo to, chciałabym leżeć po kociemu, oparta o Jego ramię i rozmawiać o literaturze. O poezji. O słowach.

Czerwone goździki. Paczki rajstop. To już na szczęście przeszłość. Dzisiaj mężczyźni (nie wszyscy) świadczą o pamięci w tym dniu w zupełny inny sposób. Chociaż czym się różni róża i czekoladki, od goździka i deficytowych rajstop? ;)

Mój dzień kobiet był najpiękniejszym takim świętem, jaki obchodziłam. Zwariowany, nienromalny, absolutnie odjazdowy, jak po trawce, wódce, a jednak na trzeźwo :)

on: Zachowujemy się jakbyśmy pierwszy raz się widzieli.

Dawno nie było tak dobrze jak dzisiaj. Mimo, że dzisiaj trwa od wczoraj, od piątku, od czwartku. Dawno nie czułam się taka spokojna, zrelaksowana. Pomimo faktu, że widmo poprawkowe ciąży nade mną. W te dni go nie było. Pod specjalną ochroną przebiegł weekend.

W końcu każdy ma prawo do szczęścia. A ono tak rzadko przychodzi i zostaje na dłużej niż kilka dni.

ona (leżąc na dywanie): Co Ci się we mnie podoba?

on (siedząc na niej): Wszystko.

ona: Nieprawda. Nie lubisz jak przeklinam.

on: Pierdolić to.

Denerwuje mnie podniecanie się osobami, które wypłynęły przez przypadek w mediach. Nic wielkiego nie zrobili. Nie potrafią śpiewać. Nie potrafią tańczyć. Inteligencją nie przewyższają 7-latka. Zdolni w niczym nie są. Po prostu są. A raczej przez 5 minut pokazywana była ich twarz i żenujące zachowanie.

Z nazwisk nie wymieniam, bo jestem przeciwko tworzenia ich quasipopularności.

0:35.

Siedzę na podłodze. Na sobie mam jego koszulkę. Laptop i świeczki poustawiane w całym pokoju są jedynym światłem. On śpi cicho na łóżku. Uwielbiam patrzeć jak śpi. Rzadkie zjawisko, bo to ja w tym związku jestem dłużej-śpiącym stworzeniem. Stare Lady Pank dobiega z głośników.

Pewnie mogę być uznana za nienormalną. Tak rzadko bywamy razem, a ja siedzę i piszę bloga. Bo bloga pisze się regularnie. Hank Moody też o tym wie.

W obecnej chwili jestem pod wpływem dekadenckiego L.A. (a może raczej Hell A ;) ). W jakiś przedziwny sposób maraton dwóch sezonów “Californication” doprowadziło do znieczulicy na temat seksu. Serial na pewno nie jest polecany feministkom walczącym o to, aby kobiet nie traktować przedmiotowo. Bo to obraz szowinistyczny i przeładowany męskim poglądem na seks i związki. Chociaż mi nawet w pewnym sensie ten świat odpowiada. Z kobietami nie można obchodzić się jak z porcelanowym jajkiem.

Post-punkowa Becca zrobiła na mnie największe wrażenie. 12-latka, która jest bardziej zdystansowana do tego brutalnego świata niż jej rodzice. Nigdy nieuśmiechnięte dziecko. Mistrz “Gitar Hero”… Chociaż nie wiem, czy takie dziecko chciałabym mieć. No chyba, że w Hell A., albo w Hellsinkach ;)

Lady Pank przerodziło się w Republikę. A mnie nadal nie chce się spać. Norma. W Toruniu nigdy nie chce mi się spać. Tutaj panuje klimat, który trzyma mnie przy życiu długo.

Kolejny wpis o niczym. Może kiedyś wrócę do pisania w stylu Przybyszewskiego. Chociaż po tylu latach to może być mission impossible.

Dobranoc. Śpijcie dobrze i grzecznie, kochani.

Arabski, chiński, japoński, hiszpański… są dla mnie obce. Duża dawka kultury krajów, z których się one wywodzą również. Dzisiaj jednak musieliśmy poznać się bliżej. 50 pytań czym różnią się poszczególne kultury i strategie marketingowe. Czarna magia.

Scrabble w “Głośnej”. Kawa z ciastkiem imbirowym. Godziny śmiechu. Marazm PRowy. Protokół dyplomatyczny. 4 w indeksie.

To podsumowanie dnia.

Teraz czas na list motywacyjny.

The early bird may catch the worm – but people who lie around in bed in the morning and work into the evening are more intelligent, according to Mr Roberts of the University of Sydney (…)

“Evening types” had significantly better mental speed and memory.

Czyli jednak to ja mam rację śpiąc do południa i żyjąc do późnej nocy. Angielski czasem nie tylko przynosi za sobą wiedzę językową, ale także podbudowującą morale. W szczególności, że jutro kolejne zaliczenie. Póki co nic nie umiem. Ale do 10:45 czasu jeszcze spoooro ;) Kawa pysznie paruje na biurko. Muzyki brak – ale chyba włączę, bo szum komputera działa mi na nerwy.

Jeden z przyjemniejszych dni, kiedy wszystko się udaje. Wszystko pozaliczane. Analiza na 3, jestem mistrz! :D Remonty sąsiednie milczały. Wiertła zostały pewnie złożone w ofierze jakiemuś robotniczemu bożkowi. I niech nie będzie za to potępiony. Chociaż za te borowanie w mojej głowie, to powinien. A raczej powinny, bo te wiertła ;)

Papierów o staż dzisiaj chyba już zdążyć nie skompletuję. Do piątku mam czas. Najwyżej pokuszę się o kolejną edycję – świat się nie skończy ;)

Jeszcze tylko 3 egzaminy i to jutrzejsze obcojęzyczne zaliczenie. I sesja wreszcie z głowy. Uff…

I może na koniec jeszcze fragment boskiego artykułu z dziejszego angielskiego :D

He [Mr. Roberts] also suggested that the link between intelligence and working late may be a hang-over from prehistoric times, when those who were still alert after dark be more likely to survive attacks by nocturnal predators.

Jestem nową wyrocznią relacji damsko-męskich. Sama sobie pomóc nie potrafię. A innym owszem. Zazwyczaj tak jest.

Opatrzność czuwa nade mną. Kocha. Podjerzewam, że za karę, że ją wyśmiałam. To niech mnie karze jeszcze jakiś czas. Może zacznę w nią wierzyć. W refleks może mniej.

“Zatraceni w Karpatach” to jednak zło. Czarno zrobiło się dookoła. Szeleszcząco koronkami. Pachnąco winem. Marzy mi się kolejny raz ten chory spęd. A niech marzy.

Nadal nie potrafię przenieść na papier wizji. I zaplątanych słów.

Dzień drugi. Dzień pierwszy zakończył się bezsennością wchodzącą w dzień drugi.

Nie, nie chce mi się. Tak, kolejny dzień kryzysu. Brak solidnego kopa, który ruszyłby mnie z tego miejsca w inne miejsce.

Trudno przestawić się ze wstawania tam, na wstawanie tutaj. Tutaj jest gorsze. Tam było ezoteryczne. Egzotyczne. Erotyczne. Tutaj: szare. zimne. ponure. A co najgorsze – pada.

Brak inspiracji. Brak mobilizacji. Brak motywacji.

A kiwi uschło.

Siedzieć w kurzu.

Pisać wiersze.

Snuć bez przerwy miłe

piękne i urocze -

- nierealne marzenia.

Zaspałam. Tak, a to dopiero trzeci dzień. Ale od dziewczyn już wiem, że będę lubiła ten dzień. Środy będą moimi ulubionymi. (Czy w całości okaże się, jeśli polubię angielski). Dowcipny profesor. Doktor, który opowiada jak Wołoszański. Trzeciej osoby nie znam – ale poznam. Gdyby tylko nie trzeba było wstawać na tą chorą 8:00.

Chwaliłam się, że jadę do Brukseli? ^^ Otóż jadę. Ja i 4 inne wariatki z mojego roku. I trochę “wypindrzonych dziewczyn”, jak zostały określone. Nie przeze mnie, żeby nie było! A mi się tak nie chce jechać. Generalnie chcę jechać, zobaczyć, poznać. Ale nie teraz. Teraz mam dość maratonu wyjazdowego. Posiedziałabym w domu. Herbaty się napiła. Na piwo w miłym towarzystwie wyszła.

« Poprzednia stronaNastępna strona »